Żywoty prasy lokalnej, prawie nielegalnej...
Data: 12-10-2004 o godz. 12:34:19
Temat: Samorząd


Zmierzchało, kiedy powodowany nagłą troską zasiadłem przed komputerem. Chwilę wcześniej prezenter znanej w powiecie stacji katował mnie rodzimym hip hopem, który z tym prawdziwym ma tyle wspólnego, co Wojewódzki z symbolem seksu.



Media stały się w ostatnim czasie najskuteczniejszym narzędziem kontroli poczynań władzy. Tylko w ciągu mijającego roku mieliśmy tyle afer, ile uzbierałoby się przez pierwszą dekadę istnienia odrodzonej Rzeczpospolitej. Dziennikarze, przeważnie prasowi, realizując prawo obywateli do informacji i demaskując patologie w polityce doprowadzili do sytuacji, w której media stały się rzeczywistym gwarantem demokracji. Powinny nim być instytucje państwa, ale skoro państwo sprzyja wszelkiej maści kombinatorom i oszustom rolę „ostatniego sprawiedliwego” wzięła na siebie „czwarta władza”. Dotkliwość prasowych doniesień odczuli na sobie samorządowcy ze Starachowic, czy osławiony już Rywin. Kilka razy musiał się tłumaczyć minister Janik, ze swoich urzędników łamiących przepisy tzw. ustawy antykorupcyjnej. Podobnych zdarzeń było całe krocie, a to i tak tylko wierzchołek góry lodowej, bo największe pole do popisu mają gazety lokalne. Cudów jakie dzieją się z publicznymi pieniędzmi w samorządach i układów, które rządzą tym światkiem jest co nie miara. Lokalni włodarze mają tendencje do tworzenia wokół siebie pajęczyny polityczno – osobistych uzależnień. W zależności od poziomu samorządu uzależnienie jest bardziej polityczne, bądź bardziej osobiste. Jest to swoisty system naczyń połączonych praktycznie niemożliwy do rozmontowania. Jak w każdym systemie zdarzają się niepokorni, ale przeważnie staja się ofiarami własnych wzniosłych ideałów. Władza ich piętnuje i skazuje na margines życia politycznego. W praktyce okazuje się, że jedynym remedium na nadużycia powiatowo – gminnych kacyków stać się może niezależna lokalna gazeta. Wystarczy odważnie napisać to o czym wszyscy szepczą, a starosta, burmistrz, czy wójt zacznie zastanawiać się nad swoimi poczynaniami. Mechanizm jest prosty. Niczego się tak władza nie boi jak krytyki, szczególnie tej konstruktywnej i podpartej faktami. Niestety ocena konstruktywności zależy najczęściej od krytykowanych, a nie krytykujących. Ci pierwsi zaś wszelką krytykę, nawet najbardziej zasadną i odnoszącą się do faktów uważają za niekonstruktywną. Ta szczególna przypadłość dotyczy władz wszelakich, od gminnych poprzez powiatowe aż po państwowe. Najbardziej uczuleni na dziennikarzy są zieloni działacze z PSL i czerwoni chłopcy z SLD. Nic w tym dziwnego, bo większość z nich została, jakby żywcem wyrwana z pięknych czasów demokracji ludowej i rzucona wiatrem historii w wody demokracji właściwej. Wychodzą oni z założenia, które niesie ze sobą nieodżałowany film „Rejs”, iż „...patrząc z punktu, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, to trzeba tak zrobić, żeby tej krytyki nie było”. Są też tacy, którzy za publiczne pieniądze zakładają własne samorządowe gazetki. Wystarczy rzucić okiem za miedzę, w stronę Makowa Mazowieckiego. W ten sposób budżet powiatu, czy gminy ponosi koszt funkcjonowania tuby propagandowej swojego starosty, albo burmistrza. Z góry wiadomo, że takie czasopismo jest skażone bakcylem nieobiektywności, ale nie ma również problemów natury finansowej i nawet przy nikłym nakładzie nie zniknie z kiosków. To ewidentne naruszenie zasad konkurencji na rynku medialnym.

Wielkimi aferami zajmują się wielkie tytuły. „Rzeczpospolita”, „Gazeta Wyborcza” mają wyspecjalizowane komórki dziennikarzy śledczych. Na szczęście nie trzeba być wielkim śledczym, aby w swoim lokalnym środowisku dostrzec znamiona korupcji i nadużyć władzy. Do tego potrzeba tylko odwagi.

sp.







Artykuł jest z Moje miasto Różan
http://www.rozan.net

Adres tego artykułu to:
http://www.rozan.net/modules.php?name=News&file=article&sid=22